Moment z życia blogerki


“Kasia, Jak to jest być blogerką? Pisać te wszystkie teksty, różne artykuły, recenzje? Mówić tak swobodnie do innych i pokazywać się w mediach?” – dostałam kiedyś takie pytanie w wiadomości prywatnej od jednej z dziewczyn stawiającej pierwsze kroki w social mediach. JAK TO JEST BYĆ BLOGERKĄ? Hmm.. nie wiem, bo nie czuję się nią ani trochę. Mogę Wam natomiast opowiedzieć (z własnej perspektywy) jak to jest prowadzić bądź co bądź rozpoznawalnego bloga, dbać o swój profil w mediach społecznościowych i robić te wszystkie “instagramowe” rzeczy będąc zwyczajnym człowiekiem w swoim zwyczajnym życiu.

Blog w czasie
Bloga założyłam w 2015 roku, będąc jeszcze na studiach. Pisałam dla siebie, lubiłam przelewać na papier (nadal lubię) myśli i słowa, ot takie humanistyczne zapędy, ale nigdy nie myślałam wiązać z tym przyszłości, utkwić w tym na dłużej, a już na pewno nie traktować tego jak pracy. Coś tam wiedziałam, czymś chciałam się podzielić, stworzyć coś swojego i tak powstawały kolejne teksty, dłuższe artykuły, cykle wpisów, recenzje książek i tak dalej. Sama szukałam sposobów, by dotrzeć do większej liczby odbiorców, by ktoś mnie zauważył, docenił, pochwalił – to długa, dość kręta i przede wszystkim niepewna droga. Sukces i poczytność nie przyszły od razu, tutaj trzeba sporo czasu i systematyczności, choć kilka lat temu blogów o podobnej tematyce nie było aż tyle co dziś więc mogłam stworzyć przestrzeń dokładnie na takich warunkach i o takich wartościach jakie wówczas miałam w głowie. Później na mojej drodze stanęła garść życzliwych mi osób, kilka ciekawych współpracy, pierwsze próby pisania na szerszą skalę niż własny serwer i takim sposobem mój blog swego czasu był jednym z najszybciej rozwijających się i bardzo dobrze rokujących miejsc w sieci. To był (i nadal jest) fantastycznie wykorzystany czas, jedno z wielu spełnionych marzeń. Choć praca na blogu nie zawsze jest taka łatwa i przyjemna jak na pierwszy rzut może się wydawać.

Później nadeszła era Instagrama i duża część logopedycznego światka przeniosła się właśnie tam, szybko powstawały nowe specjalistyczne konta, modne stało się dodawanie przepięknie wykadrowanych zdjęć, nagrywanie ciekawych relacji, pokazywanie swojej pracy i równolegle swojego życia prywatnego, przemycając wiedzę mimochodem – a mnie trochę to przerosło. Nie czułam kompletnie mówienia do telefonu, nagrywania stories i wplatania logopedii pomiędzy nowe buty, wieczorny spacer po lesie albo gotowanie pomidorowej. Odpuściłam.. nie chciałam żeby cały świat oglądał mój dom, moich bliskich i moją prywatność. Odpuściłam.. nie chciałam robić nic na siłę, a koniec końców wypadłam z obiegu. Social media rządzą się swoimi prawami, jesteś kiedy robisz to co modne, mówisz tak jak inni, pokazujesz to co inni, treść merytoryczna często odchodzi na nieco dalszy plan. Przywykłam do tego, że nie każdemu musi się podobać to co robię, że zderzam się z hejtem i krytyką, a namolne zabieganie o like czy followersów nie ma sensu – prawda broni się sama.

Blog w godzinach
Pisanie na blogu wymaga czasu. Wymaga pomysłu, zdobywania aktualnych wiadomości, doczytania faktów, doszkolenia się w danym temacie, zebrania informacji w całość i ubrania ich w wartościową, poprawną i składną treść. Nie znoszę czytać tekstów pisanych “bylejak” na kolanie, z wyraźnymi błędami językowymi albo ortograficznymi (w dzisiejszej dobie Internetu wrzucenie tekstu w słownik trwa kilka minut) i choć sama popełniam błędy staram się redagować to co piszę, by jakość merytoryczna i stylistyczna szły ze sobą w parze. Uważam, że jeśli już zdecydowałam się puścić w świat twory własne to etyka (i moje polonistyczne wykształcenie) wymaga ode mnie poważnego traktowania zarówno czytelnika jak i siebie samej. 

Do spisania tekstu dochodzi też często kilka (przy recenzjach nawet kilkanaście) zdjęć, obróbka graficzna, złożenie wpisu w całość, zrobienie grafiki tytułowej i publikacja na blogu. Czasem to kilka godzin, a czasem kilka dni – od pomysłu do realizacji długa droga. Chcąc żeby wszystko co się tutaj pojawia wyglądało spójnie i estetycznie blog od czasu do czasu przechodzi metamorfozę (zmienia się, bo ja się zmieniam), powstają nowe szaty graficzne, zmienia się układ stron, jest coś innego, świeżego, lepszego. Podobnie mają się wpisy na FB i stories na IG, nagranie czegoś merytorycznego to jedno, a dodanie napisów, lekki lifting grafiki, sama publikacja to drugie i tak sobie myślę, że to straszny pochłaniacz czasu 🙂 Nie jedną nockę zarwałam pisząc recenzje “na wczoraj” albo niemal w nieskończoność poprawiając ten sam tekst, bo ciągle coś mi w nim nie pasowało. Nie mówię już nawet o godzinach spędzonych na odpisywaniu na emaile, komentarze, wiadomości i najprzyjemniejszą część blogowania, czyli rozmowy z Wami.

Blog w liczbach
Na stronie LoogoMOWA dziennie pojawia się kilka tysięcy osób – tak, ja to widzę 🙂 i muszę zadbać o to, by każdy mógł znaleźć interesujący go artykuł, kupić coś w sklepie, pobrać grafikę czy zwyczajnie poprzeglądać kolejne strony. Od strony technicznej odpowiada za to serwer i odpowiednie parametry, za które zwyczajnie trzeba zapłacić. Im większe zasięgi i poczytność tym większe wymagania techniczne, więc i większa opłata. Każdy z tekstów, który pojawia się na blogu czyta kilkaset osób, rekordowe artykuły mają takich wyświetleń kilkanaście tysięcy – to bardzo cieszy, ale stawia też presję, by pisać dalej, by tworzyć nowe, by regularnie pojawiały się tutaj treści. A jak to z natchnieniem artysty bywa, nie zawsze się chce, nie zawsze jest pomysł i nie zawsze jest czas choć staram się nieustannie. Dlatego z regularnością bywa tutaj różnie, czasem pojawi się kilka tekstów w miesiącu, a czasem przez kilka tygodni nie napiszę nic. Próbowałam się zmobilizować i narzucić sobie jakiś rytm pracy, ale przynosi to zupełnie odwrotny efekt, bo czując oddech własnego ego na plecach moja głowa nie pracuje zbyt efektywnie. Z treściami na IG jest podobnie, jeśli mam “gadać na stories” o pierdołach, byle tylko się pokazać i być to wolę nie mówić wcale i milczę.

Od czasu prowadzenia bloga i czynnego działania w social mediach jestem bardziej rozpoznawalna jako LoogoMOWA niż jako JA.


Blog w temacie

Gdy zaczynałam stawiać pierwsze kroki w social mediach blogów podobnych do mojego było kilka, mogłabym je policzyć na palcach jednej ręki – część z nich nie przetrwała próby czasu, część działa i nadal prężnie się rozwija, część zupełnie zmieniła profil, część prowadzi blogi parentingowe wplatając w codzienne życie dawkę wiedzy. Teraz blogów tematycznych (logopedycznych, psychologicznych, pedagogicznych itd.) jest znacznie, znacznie więcej, każdy w jakiś sposób próbuje się przebić, zaistnieć, pozostać na dłużej – efekty bywają różne. Trudno powiedzieć jaki jest złoty środek i najlepszy sposób na zaistnienie w sieci, każdy kto choć raz na poważnie się tym zajął szybko przekona się, że to ciężka, długotrwała i zajmująca praca.
Prowadząc blog bądź co bądź logopedyczny starałam się zamieszczać tutaj treści krążące wokół rozwoju dziecka, skupić się na tematach okołologopedycznych, dobierać współprace pasujące merytorycznie do innych treści bloga i nie przeplatać moich doświadczeń z pracy życiem osobistym. Nie oceniam, gdy ktoś robi inaczej – wrzuca zdjęcie obiadu, czarnej kawy wypitej na tarasie, niedzielnego spaceru z dziećmi czy czegokolwiek innego – każdy podejmuje własne decyzje i ja to szanuję. Takiego samego szacunku wobec moich wyborów wymagam od moich czytelników i całe szczęście nie rozczarowałam się zanadto.

Blog w życiu
Pamiętam, gdy pojechałam któregoś roku na Targi Książki w Krakowie (mając już w jakimś stopniu rozpoznawalnego bloga) i przechadzałam się alejkami hali szukając nowych książek do gabinetu. Nikt mnie nie zaczepiał, nie przyglądał się badawczo, nikt nie podchodził, nie pytał, nie prosił o autograf 😉 Robiąc zakupy na jednym ze stoisk, podając dane do faktury z nazwą firmy i bloga jednocześnie zobaczyłam wielkie, zdziwione oczy mówiące: To TY jesteś LoogoMOWA?! I tak jest do dziś. Nie czuję się w żaden sposób rozpoznawalna jako JA, pewnie dlatego że mnie samej w mediach nie ma zbyt wiele – za to moje logo pojawiało się już na publikacjach wydawnictwa Impuls, na moich ukochanych książkach z Puciem i kilku stronach internetowych przy okazji gościnnych wpisów. Ot taki ze mnie lew salonowy schowany w czeluściach bloga. Rozpoznawalność chyba nie jest mi potrzebna, choć czasem bywa bardzo zabawnie gdy na szkoleniu okazuje się, że siedzę obok kogoś kto “gdzieś mnie już widział” albo gdy na warsztatach pojawia się nazwa mojego bloga jako miejsce do poczytania wartościowych treści, a największe radości mamy z rodzicami moich pacjentów, którzy opowiadają mi jak to czytali na takiej stronie (nie wiedząc, że to moje dzieło) fajny artykuł.



Jak widzicie prowadzenie bloga to nie lada wyzwanie, zwłaszcza gdy jest się perfekcjonistą i “zosią samosią”, ale to zdecydowanie jeden z przyjemniejszych aspektów mojej pracy, bo robię to co lubię, tak jak lubię i czerpię z tego ogromną radość. A jeśli mam od Was – czytelników – odzew, że jesteście, czytacie, sprawdzacie, komentujecie to jeszcze bardziej chce mi się tutaj być.

Udostępnij znajomym

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*