MUSTHAVE w terapii dyslalii


Dyslalia to moja codzienność.. w gabinecie, w przedszkolu, w czasie diagnozy i w czasie badań przesiewowych – otaczają mnie bowiem dzieciaki z wadami wymowy. Mogłabym długo wyliczać ile przeróżnych deformacji głosek już widziałam, a ile jeszcze zobaczę? Myślę, że xxx razy tyle.

Kiedy kończyłam studia wydawało mi się, że poza mną samą i moją „wiedzą” nie potrzebuje nic więcej żeby wypracować z dzieckiem właściwą wymowę. Czas szybko to zweryfikował i wyprowadził mnie z błędu. Doświadczenie i mocno indywidualne potrzeby małych pacjentów szybko nauczyły mnie, że nie zawsze poradzę sobie sama. Że czasem trzeba uciec się do niekonwencjonalnych sposobów i metod, by uzyskać oczekiwany efekt, że to ja muszę się dostosować i zrobić wszystko żeby osiągnąć cel, że nie mogę się bać próbować i testować, a przede wszystkim nie mogę się bać przyznać do błędu, by móc zrobić krok w tył i zacząć raz jeszcze.
Zaczęłam zastanawiać się w jaki sposób mogę pracować sprawniej, szybciej, dokładniej, łatwiej i bardziej efektywnie. Czego potrzebuję i czego potrzebują moi pacjenci żeby często żmudne i trudne ćwiczenia były choć trochę bardziej komfortowe. W taki właśnie sposób metodą prób i błędów, wielu złych wyborów, nietrafionych zakupów i testów stworzyłam swój niezbędnik logopedyczny.

RĘKAWICZKI JEDNORAZOWE – próbowałam wielu, ostatecznie stawiam na te nitrylowe, bez dodatków, pudrów i silikonów. Mam swoją ulubioną firmę i jestem jej wierna (idealny dla mnie rozmiar i piękny pudrowy róż). Niebieskie, które mam na dłoni niestety się nie sprawdziły. Choć czasem mam ochotę na coś nowego – tak jak te świeżo kupione rękawiczki Tutti Frutti (jeszcze nie wiem jak się sprawdzą, bo czekają na wrześniowe diagnozy), ale urzekły mnie kolory i mam nadzieję, że będą podobać się zwłaszcza maluszkom. Rękawiczki służą mi do masażu logopedycznego, a konkretniej do stymulacji buźki i do ćwiczeń manualnych, ale używam ich też w czasie diagnozy kiedy muszę zajrzeć do wnętrza jamy ustnej i fizycznie sprawdzić co tam w środku się dzieje.

SZPATUŁKI I PATYCZKI – tutaj nie mamy zbyt dużego wyboru, no może poza tymi smakowymi (choć osobiście za nimi nie przepadam). Używam szpatułek jednorazowych, drewnianych, zapakowanych w sterylne opakowanie, czasem z najmłodszymi dziećmi na początku używamy też mniejszych i kolorowych patyczków żeby oswoić się z materiałem. Szpatułki pomagają nam ćwiczyć właściwą pozycję języka (czyli pozycję kobry) i wspomagają wywołanie głosek. Nie wszystkie dzieci szpatułki tolerują, dlatego metodą małych kroczków się z nimi zaprzyjaźniamy.

LATARKA – mój najnowszy (chociaż nie pierwszy w temacie światełek) zakup, bo wreszcie znalazłam tą idealną. Jest niewielka, poręczna, ma jasne punktowe światło i jest po prostu ładna 🙂 nie wyobrażam sobie już bez niej ani diagnozy ani terapii, bo to przedłużenie moich oczu. Widzę więcej i dokładniej więc mogę precyzyjnie działać nawet jeśli dziecko nie do końca chce otworzyć buzię i kiedy dysponujemy słabym światłem zewnętrznym. Podobnie stosuję lusterko stomatologiczne, choć wciąż uczę się je dobrze wykorzystywać w efektywnej terapii.

MINIAPLIKATORY – kompletnie nielogopedyczne, a jednak fajnie sprawdzają się, by precyzyjnie wskazać miejsce artykulacji albo wspomóc terapię seplenienia, a i do masażu się nadają. 

SZCZOTECZKI DLA DZIECI – tutaj tłumaczyć chyba nie trzeba, bo i do stymulacji i do ćwiczeń języka i do odwrażliwiania buźki i do pozycji spoczynkowej. Mam swoje prywatne egzemplarze, ale najczęściej proszę rodziców, by kupili własne i ćwiczyli z dzieckiem w domu.

PAPIER JADALNY – kolejne odkrycie, które znacznie ułatwia mi pracę. Ten, który mam ma całkiem niezły skład, jest w pełni wegański no i te walory smakowe robią robotę 🙂 Wykorzystujemy kawałki do ćwiczeń połykania, do pozycji spoczynkowej, do utrzymywania pozycji wertykalno-horyzontalnej. Super sprawa! Pamiętajcie, żeby poinformować i zapytać rodzica, że zamierzacie z niego korzystać, bo niektóre dostępne na rynku zawierają sporo glukozy, emulgatorów i parę innych niefajnych dodatków.

I zapomniałabym o jeszcze jednym elemencie – lusterku. Celowo wspominam o nim dopiero teraz, bo uważam że nie jest mi w pracy niezbędne. Owszem, zwłaszcza na początku pracy dziecku łatwiej ćwiczyć przed lustrem i kontrolować wzrokowo co dzieję się w buzi, jednak bardziej zależy mi na samokontroli i wyćwiczeniu świadomej kinezjologii czyli świadomych ruchów artykulacyjnych.

Mam nadzieję, że kolejny wpis z cyklu PRAKTYKA DLA BUZI I JĘZYKA – tak samo jak poprzedni (kto nie widział zapraszam tutaj: POZYCJA KOBRY) – będzie dla Was interesujący i podzielicie się w komentarzu swoimi spostrzeżeniami.

2 thoughts on “MUSTHAVE w terapii dyslalii”

  1. Dzien dobry,

    Chyba cos jest do poprawki w ustawieniach, ponieważ zdjęcia zasłaniają większość treści.
    Od siebie dodam, ze lubię Pani blog i praktyczne porady. Dziekuje za dzielenie sie istotnymi spostrzezeniami i pozdrawiam ciepło.

    Małgorzata W.

Skomentuj Katarzyna Knopik - logopeda Cancel Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Shopping Cart
Scroll to Top