Od kilku lat poza własnym gabinetem logopedycznym pracuję też w przedszkolu. Przekrój dzieciaków średnio od 3. latków wzwyż i z każdym kolejnym rokiem obserwuję mocno niepokojący regres w funkcjonowaniu przedszkolaków. Dzieci ewidentnie są słabsze.. kiepska koordynacja ruchowa, słaba kondycja fizyczna, grafomotoryka i manipulacja też kuleją. Nie tylko najmłodsi, bo i starszaki w wielu przypadkach mają problem z posługiwaniem się sztućcami, nieporadnie rysują, kolorują i wycinają, nie potrafią samodzielnie się ubrać, zapiąć guzików, o sznurowaniu butów nie wspomnę.
Mają też coraz większe problemy artykulacyjne, mówią niedbale, niewyraźnie, z ogromną ilością zniekształceń. Moją prawdziwą zmorą w tym roku są skrócone wędzidełka językowe i seplenienie międzyzębowe – 90% dzieci, które zakwalifikowałam na terapię mają albo jedno albo drugie albo oba problemy. Nie będę się rozpisywać czym jest seplenienie międzyzębowe, bo pisałam o nim tutaj, a o tym jak z nim „walczę” wspominałam tutaj. O skróceniu wędzidełka natomiast obszerny tekst znajdziecie tu.
Napiszę Wam natomiast kilka słów o tym dlaczego moim zdaniem tak popularne w terapii logopedycznej ćwiczenia języka nie do końca mają przełożenie na efekty i nie zawsze znajdują uzasadnienie w treningu artykulacyjnym. Dlaczego powstaje tak wiele książeczek, wierszyków i materiałów z ćwiczeniami artykulacyjnymi, a ja mimo wszystko nie zalecam takich gotowych rozwiązań rodzicom.

Idziemy do logopedy. Standardowa wizyta, wywiad, szybkie badanie, krótka diagnoza i werdykt: trzeba poćwiczyć język i wargi, żeby usprawnić, żeby wywołać, żeby się pojawiło. Okey – trzeba, więc dostajecie do domu listę ćwiczeń, a tam takie rarytasy jak liczenie ząbków, malowanie sufitu, przybijanie gwoździ, kropki muchomorka, dotykanie kącików ust, język na brodę, język do nosa, język do sufitu, oblizywanie warg, cmokanie, ciumkanie, parskanie, mlaskanie, dmuchanie piórek, dmuchanie przez słomkę, przenoszenie papierków i cała reszta. A teraz uwaga uwaga, bo sama mam listę takich ćwiczeń dla rodziców i dla dzieciaków i zaraz po studiach namiętnie machaliśmy jęzorami na zajęciach w myśl powiedzonka JĘZYK LATA JAK ŁOPATA.
No i wszystko fajnie, bo tak uczyli na studiach, bo tak piszą w ćwiczeniach i książeczkach dla dzieci, bo tak robili na praktykach i wielu logopedów tak właśnie pracuje więc chyba tak trzeba.. a ja któregoś dnia spędzając kolejne zajęcia przed lustrem zaczęłam zadawać sobie pytanie PO CO? Jaki cel mają te wygibasy, co chcę nimi uzyskać, do czego są dziecku potrzebne, co konkretnie ćwiczą, jakie reakcje powodują i jakie właściwie przełożenie mają na sposób artykulacji. Szukałam poparcia w tym co dojrzewało w mojej głowie. Przeczytałam kilka książek i masę artykułów, jeździłam na świetne szkolenia, zagłębiałam się w anatomię twarzy, poznawałam układ mięśniowy, poszukiwałam czegoś nowego, co wynika z naszej fizjologii i wszystko zaczęło układać się w całość.

UZYSKANIE DYPLOMU NIE ZWALNIA NAS PRZECIEŻ Z CIĄGŁEGO MYŚLENIA O TYM CO ROBIMY
I PO CO ROBIMY
Dlatego dziś uważam, że część tych ślepo zalecanych i preferowanych w terapii ćwiczeń nie ma przełożenia ani na prawidłową pozycję języka ani na wymowę, że część z nich działa wręcz odwrotnie utrwalając złe nawyki, że bierne powielanie schematów bez wiedzy i myślenia o celowości naszych działań wydłuża czas trwania terapii przynosząc często znikome efekty. Że działamy mocno schematycznie, robimy podobne albo takie same ćwiczenia z różnymi dziećmi, że posługujemy się jednym, gotowym planem pracy nad różnymi zaburzeniami, że poruszamy się tylko tam gdzie znane, bezpieczne, wyuczone. Że trudno nam przyznać się do błędu, zmienić zdanie, wycofać się z wcześniejszych poglądów, spróbować wyjść poza strefę komfortu i odkryć coś nowego.
To tylko kilka moich luźnych wniosków do przemyślenia:
Żadna głoska w języku polskim nie jest realizowana poza jamą ustną…
po co więc ćwiczyć język do brody i język do nosa?
Prawidłowa pozycja spoczynkowa to język luźny, nienapięty, przylegający
do podniebienia całą swoją masą…
co uzyskamy przez popularne liczenie ząbków albo przybijanie gwoździ?
Mnóstwo dzieci ma tendencję do wsuwania języka między zęby…
jaki więc efekt przyniosą ćwiczenia oblizywania warg i kącików ust?
Język jest mięśniem, a jego budowa wpływa na jego sprawność…
w jakim celu siłowo malować „sufit” zamiast spojrzeć na funkcje i podciąć wędzidełko?
Zaburzona funkcja przynosi zaburzenia w kolejnej i kolejnej i kolejnej…
dlaczego nie szukamy przyczyn pierwotnych wady wymowy, a skupiamy się tylko na objawach?
Zastanawialiście się kiedykolwiek jakie przełożenie na wasze ciało i jego ruchy mają poszczególne ćwiczenia? Ja większość z mojej „magicznej listy gotowców” rozłożyłam na czynniki pierwsze i wiem po co coś ćwiczę. I to wcale nie jest tak, że ja tych wszystkich znanych ćwiczeń nie wykonuję wcale.. bo czasem pojawiają się gdzieś w trakcie terapii w takiej czy innej formie. Nie neguję ćwiczeń samych w sobie, poddaje jedynie w wątpliwość ich zasadność, gdy cała terapia opiera się wyłącznie na machaniu językiem, gdy stają się wyznacznikiem i celem. Sama staram się ich jednak nie nadużywać i zawsze najpierw zastanawiam się jaki efekt chcę uzyskać, co chcę osiągnąć i jakie przełożenie to ćwiczenie będzie miało na artykulację. W jaki sposób to konkretne działanie przybliża mnie bądź oddala od celu jaki obraliśmy na czas terapii. Bycie logopedą po studiach, kursach, szkoleniach i z bagażem doświadczeń liczonych w latach pracy oraz ilości pacjentów nie zwalnia nas przecież z myślenia.
No cóż. Nie wiem jakie Pani przeszła szkolenia i jakie książki Pani zgłębiała, ale jeśli nie rozumie Pani potrzeby ćwiczeń artykulacyjnych to ręce opadają. Może czas pomyśleć o tym i nie pisać takich informacji publicznie, to świadczy o zupełnym braku wiedzy i doświadczenia. Pozdrawiam
Myślę, że należałoby przeczytać artykuł ze zrozumieniem przed tak surową oceną.
Nie napisałam w nim ani słowa o braku potrzeby wykonywania ćwiczeń artykulacyjnych, ale o ich rodzajach i zasadności ich wykonywania w konkretnym przypadku. Myślę, że wielu z nas nie zastanawia się PO CO dane ćwiczenie robi, JAKI CEL chce osiągnąć i JAK przekłada się ono na umiejętności artykulacyjne. Nie neguję ćwiczeń samych w sobie (są bez wątpienia ważnym aspektem terapii), poddaję jednak wątpliwości ślepe powielanie schematów i przypisywanie każdemu dziecku stałego zestawu ćwiczeń artykulacyjnych, bez analizy ich celowości.
Pozdrawiam, K.K.
😀 zgadzam się. Ale… Ćwiczenia aparatu mowy uczą praksji oralnej i panowania nad kinestezją artykulacyjną. Kiedy mam trzy, cztero, pięciolatki, które nie potrafią trafić czubkiem języka w górne siekacze lub oblizać górnej wargi, to wiem, że będziemy męczyć ćwiczenia buzi przed lustrem. Bo bez czucia i świadomości ruchu nie wywołam głoski. A już na bank jej nie utrwalę. A takich nieświadomych swojego ciała w obrębie jamy ustnej dzieci przedszkolnych jest na pęczki. Co do budowania napięcia i sprawności z językiem za linią zębów… A czemu budujemy napięcie mięśni brzucha robiąc nienaturalne deski i brzuszki? Przecież na dzień nie robimy takich ruchów? Aby zbudować napięcie mięśniowe trzeba uciec się do częstych, licznych, wyszukanych ćwiczeń. Jeśli mamy budować sprawność tylko z wykorzystaniem codziennych 'naturalnych’ ruchów to zostaje nam tylko ćwiczenie usprawniania z wykorzystaniem artykulacji głosek. A może jednak się czasem oblizujemy po wargach i zębach? Przyczyny miedzyzebówki to nieprawidłowe napięcia, a w konsekwencji zanurzone połykanie i pozycja spoczynkowa języka oraz zły wzorzec ruchu przy artykulacji. Ćwiczenia języka nie pogorszą sprawy i nie należy się że ch obawiać, choć nie załatwią całej sprawy. Są tylko elementem terapii wady wymowy.
Pani Doroto oczywiście zgadzam się z Pani zdaniem, że umiejętnie przeprowadzone ćwiczenia i wykorzystanie ich w odpowiedniej formie z pełną celowością działań może mocno pomóc w pewnej świadomości ruchów i uwrażliwieniu na ruchy celowe, potrzebne do właściwej artykulacji.
Problem pojawia się wówczas gdy całą terapię opieramy wyłącznie na ćwiczeniach artykulacyjnych, gdy klepiemy te miny bez pojęcia i bez oporów nie wiedząc po co je robimy – a z takim odzewem spotykam się niejednokrotnie, gdy rodzic mówi że dostał kartkę z ćwiczeniami od logopedy, bez żadnych zaleceń i szukania przyczyn, no i tak sobie ćwiczą tylko te miny i tylko te wyrazy od kilku miesięcy, a efekt żaden.